Zrobiliśmy sobie z Koparką nocną podróż po dworcu, żeby zobaczyć jakie są postępy prac konserwatorskich. Oczywiście miłość mojego życia nie mogła wjechać do wszystkich pomieszczeń, ale swoją wielką łyżką sięgała prawie wszędzie. W dodatku Belfegor z Purchawką przyłączyli się od wyprawy, a oni mogli wjechać wszędzie.

- Pamiętacie jak tu było? – mówił właśnie Belfegor z sali, która teraz lśniła od złota. Blask bił ze wszystkich stron, tylko podłogę zachowano w innym kolorze. – Wszystko spurchniałe…

- O wypraszam sobie! – krzyknęła Purchawka.

- Źle powiedziałem – mały niszczyciel usiłował się poprawić. – Spróchniałe.

- Przecież to nie drewno – wtrąciła Koparka.

- Oj, czepiacie się. W każdym razie wszystko pokrywały czarne zacieki i farba odłaziła, a teraz…

- Zwykłe pomalowanie.

- A wcale nie. To złoto!

- Akurat.

Usiłując wprowadzić pewne uspokojenie wśród dyskutantów skierowałem wycieczkę dalej.

- A tu, pamiętam, jak jeden człowiek przykładał do ściany kalkę – Belfegor podczas swojej pracy był oczywiście świadkiem każdego etapu działań konserwatorów. – Odrysowywał każdy centymetr tej polichromii.

- A co ta polichromia przedstawia?

- Erynie.

- O, ładna nazwa. To chyba personifikacje wyrzutów sumienia – Purchawka zwróciła się do mnie.
– A może to opiszesz w swoim pamiętniku?

- Na pewno nie – rzuciłem oschle.

- Dlaczego?

- Bo jest jeden pisarz, który jak raz użyje jakiejś nazwy to już uważa, że stanowi ona jego własność.

A już wydał książkę „Erynie” i może sobie rościć do tego słowa pretensje.

Koparka spojrzała na mnie zdziwiona.

- To użyj innej nazwy. Napisz Furie, albo Eumenidy.

Belfegor uniósł swoje ramię zakończone młotem pneumatycznym.

- Napisz: Erynie – wysyczał. – I jakby co… odeślij wszystkich do mnie.