Jakże się ucieszyłem kiedy dotarły do mnie pozdrowienia od zegara dworcowego z… Marakeszu.
Z samego serca Maroka.

Okazało się, że byli tam nasi, i w moim imieniu, pozdrowili tamten zegar, wiszący na tablicy z napisami po arabsku. A on, wzruszony, przesłał mi swoje pozdrowienia. Cały dworzec zresztą okazał się piękny, nowoczesny, przeszklony, a jednocześnie nawiązujący do wspaniałych, miejscowych tradycji. Trochę przypominał konstrukcyjnie dworzec centralny w Warszawie, a trochę medresę w Fezie. Istny cud, więc nasi zaczęli fotografować, a w chwilę później zwinęła ich policja za robienie zdjęć obiektom strategicznym oraz ludziom w mundurach. Cóż, afrykański kryminał to nie przelewki. Niestety, nie udało się aresztować nikogo z naszych ponieważ był wśród nich pewien pisarz, którego miejscowi nie potrafili przegadać. W ciągu kilku minut rozmowy prowadzonej po polsku, arabsku, angielsku, francusku
i berberyjsku naraz, miejscowi zrozumieli, że:

- literat jest bliskim kumplem wszystkich „opowiadaczy historii” z czarodziejskiego placu Djemaa El Fna (co częściowo było prawdą bo dzień wcześniej się z nimi skumplował ponieważ reprezentowali pokrewne zawody)

- współpracuje z PKP, a jest to organizacja o całe niebo lepsza i ważniejsza od tej ich „ciuchci, prawie, że wąskotorowej”.

Właściwie po kwadransie tamci zaczęli się giąć w ukłonach i oprowadzać naszych po dworcu, żeby łatwiej było fotografować i żeby nikt nie przeszkadzał. Potem żal było się nawet rozstawać – przyjaźń pomiędzy kolejami polską i marokańską zaczęła rozkwitać i kto wie? Może w przyszłości jakieś futurystyczne szyny połączą nas bezpośrednio? Insz Allach! (Będzie jak Allach da).

Widząc sukcesy pierwszej promocji wrocławskiego dworca w Afryce, nasi, w drodze na południe, postanowili ją kontynuować. Okazało się, że berberyjskie dzieci po otrzymaniu pocztówek z obrazkami
z remontu i króciutkim przeszkoleniu krzyczą dość dobrą polszczyzną: Wrocław Nowy Główny! Poganiacze wielbłądów obdarowani notesem firmowym krzyczeli do swoich wielbłądów: Robi się! Robi się! A miejscowe jaszczurki uwielbiały wygrzewać się na reklamowym planszecie. Właściwie, przy takim entuzjazmie, niewiele brakowało, żeby koleje marokańskie przyłączyły się do polskich. Niestety czas wyprawy się skończył i trzeba było wracać. I to nie koleją, a samolotem.